czwartek, 29 września 2011

Polska gościnność i zachodnia chytrość

Bardzo lubię gotować i zapraszać na jedzenie znajomych, zarówno tych starych dawno lub często widzianych, jak i nowo poznanych. Uważam , że jedyna rzecz na świecie która łączy ludzi a nie dzieli to wspólne dobre jedzenie. Bardzo miło jest otrzymać od zaproszonych gości jako podziękowanie za gotowanie butelkę wina, siatkę owoców lub kwiatek, aczkolwiek w zamian tylko dziękuje oczekuję, no i uśmiechu............
Natomiast hiszpańskie i zachodnie  kolacyjne tematy przyprawiły mnie kilka razy o zawrót głowy. Stołowałam już u siebie Holendrów, Włochów, Anglików, Hiszpanów i Niemców a także Rosjan i Ukraińców i.........z pustymi rekami tylko Andriy nie przychodzi czyli Kamilowy kumpel z pracy,

Andriy i Kamil
 przesympatyczny i szczery   chłopak z Ukrainy. Zawsze  targa za sobą piwa i moje ulubione pomelo lub winogrona.

Leszek  i małże po marynarsku.


 No i oczywiście Rodzina, która podobno uwielbia jak gotuje i zawsze moja pracę szanuje.

Ela, Leszek i Kamil. Najedzeni i chyba zadowoleni.

Natomiast cała reszta owszem podziękuje , pomlaska , nałoży sobie dokładkę albo i dwie a na do widzenia zapyta kiedy ponownie i czy mogą liczyć na obrazek w prezencie który dla nich namaluję........................................Ach , przepraszam o jednym zapomniałam. Włoch milioner w prezencie przyniósł nam do kolacji lody ....za dwa euro z Carrefoura.

środa, 28 września 2011

Tizana party


Miejsce? Lloret de Mar.



Pogoda? 32 stopnie Celsjusza, niebo bezchmurne, lekki, chłodząco-zbawienny wiatr.



W dzbanie? Tizana z owoców i szampana wieczorem nakrajana.



Rozkład zajęć?



To ja czyli Didi i moja lewica czyli Kamil

Pływanie, tańcowanie. W piachu turlanie i w powietrzu latanie.


Mama Basia w chmurach

Na koniec? Smutne pytanie " dlaczego wszystko co dobre tak szybko się kończy?"


Do zobaczenia Nasze Kobietki! Do zobaczenia Lloret de Mar!

wtorek, 27 września 2011

Malowanki- niespodzianki.

Jutro ponownie jedziemy do Lloret de Mar na spotkanie z naszymi Paniami.
Mam już ułożony w głowie plan jutrzejszego działania i wypoczywania, chacha...........
Po pierwsze spacer którego finałem będzie odnalezienie usytuowanego na plaży w Lloret zamku.
Po drugie w dzbanie litrowym pyszna i upajająca, zrobiona z szampana i świeżych owoców Tizana.
Po trzecie kąpiele, tańce i swawole plażowe, a po czwarte niespodziankowo............
Nasze Kobiety dostaną swoje portrety...........................











Halucynogenna Costa Brava

Costa Brava jest jak afrodyzjak, halucynogen.........upaja, obezwładnia, uzależnia, pobudza i wyostrza wszystkie zmysły.............

Przed wyjazdem z Polski do Hiszpanii miałam sen, realny niczym jasnowidza wizję.

Sen  ten opowiadałam wiele razy nie tylko Kamilowi.......

a potem znalazłam miejsce ze snu i  namalowałam tak jak je we śnie widziałam.


poniedziałek, 26 września 2011

Zacisze Platja Ca Cova.

Pisałam już wcześniej o czarownym miejscu , które obudziło we mnie potrzebę uwolnienia ekspresji twórczej przy użyciu farb i pędzla, jednak pozwolę sobie wspomnieć ponownie.

Drugą z najpiękniejszych plaż w Platja D'Aro jest Platja Ca Cova, prowadzi do niej przejście przez słynną "Cala Rovira" czyli bramę skalną z mojego obrazu.

 Ca Cova jest maleńka, subtelnie ukryta pomiędzy skalami i drzewkami piniowymi,

 które niczym w ukłonie pochylają się nad zatoczką w kierunku morza.

W lipcu i sierpniu bywa tu tłocznie,

 jednak  poza sezonem od kwietnia do czerwca i od września do listopada można  poczuć się  tu jak w raju.

niedziela, 25 września 2011

Moja pasja, moje oczarowanie..............

Kilkanaście lat temu zakochałam się, uczucie tę noszę w sercu i pielęgnuję do dziś. Nie będę jednak  ukrywać, że  obudziły je przede wszystkim  walory fizyczne obiektu moich westchnień, aczkolwiek także estetyczne i duchowe, gdyż niewątpliwie w jej wyglądzie i imieniu  można doszukać symboliki czysto chrześcijańskiej.
Po raz pierwszy spotkałyśmy się w ogrodzie botanicznym we Wrocławiu, miałam pewnie lat siedemnaście lub osiemnaście. Nie pamiętam w jakie kolory była wtedy ubrana. Pamiętam natomiast, że nigdy wcześniej nie byłam tak oczarowana............Była piękna, wyrazista i jednocześnie subtelna. Przez wszystkie kolejne lata pragnęłam jej i o niej śniłam, a kiedy tęsknotę odłożyłam już na półkę z napisem "zapomnienie"  mój sen się spełnił. W moim hiszpańskim domu zamieszkała ze mną ONA..............................................................................................................................
Moja ukochana Passiflora.



Lloret de Mar......sposób na niepogodę!

Poranek, jak i reszta dnia do słonecznych nie należał......kąpiel  została zaliczona w strugach ciepłego deszczu, a potem "komu w drogę, temu czas".

Jak to w polskich biurach turystycznych bywa, wszystkie plany  naszym Paniom turystkom zostały, po przylocie pozmieniane! Wycieczka do Tossy odwołana, a na jej miejsce plażowanie.

 Plażowanie w kapuśniaczkowym deszczu? Hmm......Więc zapakowaliśmy nasze Kobietki, a także wspólniczkę ich niedoli, Grażynkę w samochód i wyruszyliśmy na podbój...........

Nie, nie ! Nie latynoskich pseudo mucho!

 Na podbój tutejszych ogrodów florystycznych . Pierwszy z nich to Pinya de Rosa, czyli kaktusowy raj!

 Bożenka? Widziałam w siostrze samą siebie. Biegała jak dziecko, dotykała, obejmowała i podskakiwała w swej zwiewnej, morelowej sukieneczce...nikt by nie wpadł na to , że tak krucha i eteryczna niczym nimfa istota to Pani oficer od pożarów!

Natomiast Mamcia Kamcia zastanawiała się nad tym, czy udałoby się przemycić kilka szczepek tego kwiecia samolotem do Polski i dosadzić do jej bogatej kwietnej hodowli.

Kaktusy przynajmniej nie uschną w podróży, pomyślałam i podpowiedziałam.............

 Pomiędzy kaktusami wpadliśmy na Edytkę, samotna podróżniczkę z naszej ziemi ojczystej , którą postanowiłam dołączyć do naszej grupy a pozostała część załogi nie była przeciw a nawet za!

Następny na trasie był długo wyczekiwany i utęskniony przeze mnie Jardins de Santa Clotilde- syreni raj.

  Każda z nas poczuła się chociaż przez chwilę syrenką Arielką, tylko biedny Kamil nie nadążał ze zmianą  pięciu aparatów i pstrykaniem zdjęć.


Biedny chłop, sam jeden i tyle Arielek....cha cha cha, ale podobno, podobno od przybytku głowa nie boli...........

Na co On rzekł " Co za dużo, to niezdrowo!"

Dzień mimo iż pogodowo mokrawy to był udany.
Dziękuję wam moje Kobietki, że przyjechałyście i że jesteście...........Śpijcie dobrze i odpoczywajcie.

 Do zobaczenia.

piątek, 23 września 2011

Czas Gości to czas radośći!

Aby do jutra. Aby przespać noc...........oczekiwanie rozciąga czas. Sekundy jak minuty, minuty jak godziny. Dzisiaj nawet nie pływamy bo czekamy.

 Jutro z rana najpierw Lloret de Mar.
Tam będziemy po raz pierwszy po to by podziwiać najpiękniejszy ogród na naszym wybrzeżu,
 Jardin de Santa Clotilde.

 Natomiast popołudniową porą zawitamy ponownie do mojej ukochanej Tossy by powitać tam naszych Gości.  Na krajoznawczą wycieczkę po Costa Brava z koleżankami i kolegami z pracy wybrały się bowiem dwie bliskie nam osoby.

 Kamila Mama i moja Siostra. B jak Barbara i B jak Bożenka, czyli Bunga Bunga podwójna.
Nasze Kobietki będą jutro z Barcelony rejsowały wlaśnie do Tossy...................................

czwartek, 22 września 2011

Babie lato w S'Agaro

Wrzesień  na Costa Brava to najpiękniejszy miesiąc w roku. Nie jest tak świeży i soczyście zielony jak maj, ale jest barwniejszy i cieplejszy. Morze? Ach, tak ciepłego jak dziś, jeszcze nie było tego lata. Woda gładka jak tafla szkła. Plaża? Prawie pusta, bo turyści i wczasowicze wrócili do domów. Idealny czas na relaks.Najpierw pływanie a potem spacerowanie....
Zatem zapraszam ze mną na wrześniowy spacer po S'Agaro.