niedziela, 25 września 2011

Lloret de Mar......sposób na niepogodę!

Poranek, jak i reszta dnia do słonecznych nie należał......kąpiel  została zaliczona w strugach ciepłego deszczu, a potem "komu w drogę, temu czas".

Jak to w polskich biurach turystycznych bywa, wszystkie plany  naszym Paniom turystkom zostały, po przylocie pozmieniane! Wycieczka do Tossy odwołana, a na jej miejsce plażowanie.

 Plażowanie w kapuśniaczkowym deszczu? Hmm......Więc zapakowaliśmy nasze Kobietki, a także wspólniczkę ich niedoli, Grażynkę w samochód i wyruszyliśmy na podbój...........

Nie, nie ! Nie latynoskich pseudo mucho!

 Na podbój tutejszych ogrodów florystycznych . Pierwszy z nich to Pinya de Rosa, czyli kaktusowy raj!

 Bożenka? Widziałam w siostrze samą siebie. Biegała jak dziecko, dotykała, obejmowała i podskakiwała w swej zwiewnej, morelowej sukieneczce...nikt by nie wpadł na to , że tak krucha i eteryczna niczym nimfa istota to Pani oficer od pożarów!

Natomiast Mamcia Kamcia zastanawiała się nad tym, czy udałoby się przemycić kilka szczepek tego kwiecia samolotem do Polski i dosadzić do jej bogatej kwietnej hodowli.

Kaktusy przynajmniej nie uschną w podróży, pomyślałam i podpowiedziałam.............

 Pomiędzy kaktusami wpadliśmy na Edytkę, samotna podróżniczkę z naszej ziemi ojczystej , którą postanowiłam dołączyć do naszej grupy a pozostała część załogi nie była przeciw a nawet za!

Następny na trasie był długo wyczekiwany i utęskniony przeze mnie Jardins de Santa Clotilde- syreni raj.

  Każda z nas poczuła się chociaż przez chwilę syrenką Arielką, tylko biedny Kamil nie nadążał ze zmianą  pięciu aparatów i pstrykaniem zdjęć.


Biedny chłop, sam jeden i tyle Arielek....cha cha cha, ale podobno, podobno od przybytku głowa nie boli...........

Na co On rzekł " Co za dużo, to niezdrowo!"

Dzień mimo iż pogodowo mokrawy to był udany.
Dziękuję wam moje Kobietki, że przyjechałyście i że jesteście...........Śpijcie dobrze i odpoczywajcie.

 Do zobaczenia.

1 komentarz:

  1. Didi is the Beautiful on Costa Brava!!!!
    Alberto Pagani

    OdpowiedzUsuń