środa, 24 lipca 2013
Zlot samochodów Rolls-Royce i Bentley Wrocław 2013. Część piąta "Mały Leo w świecie samochodów"
Musze się Wam pochwalić, a jest czym. Kupiłem sobie swój pierwszy samochód.
To znaczy kupiłem go niezupełnie sam. Ja go przetestowałem a zapłacił za niego mój Tato, bo ja przecież jeszcze nie pracuje i nie mam swoich pieniążków. Skarbonki takiej jak ma Kuba, czyli synek wujka Daniela, czyli brata mojego Taty, też nie mam. Chociaż chciałbym mieć, bo to jest bardzo fajna rzecz. Każdy dorosły, jak mu ją pokazujesz to wyjmuje portfel a z niego jakiś pieniążek który wrzuca Ci do Twojej skarbonki. Kuba mówi,że jak już dużo uzbiera, to kupi sobie konsolę do grania w różne gry.
Tak więc Tato kupił mi samochód w sklepie z zabawkami, podczas zakupów w centrum handlowym.
Niestety nie przypomina samochodu Rodziców , bo tamten jest najprawdziwszy na świecie. Jest ogromny, ma kolor taki sam jak niebo za oknem kiedy jest noc, czyli kiedy jest prawie całkiem ciemno, bo przecież w wielkim mieście nigdy nie jest całkiem ciemno i świecą mu się oczy na złoty kolor tak samo jak kotkowi mojej Pani sąsiadki.Mama mówi że auto Taty ma oczy anioła, więc myślę że muszą być podobne do moich, bo przecież wszyscy mówią do mnie "Aniołeczku".
Moje auto jest też duże i mogę na nim usiąść. Ma czerwony kolor i zielone, niebieskie oraz żółte dodatki takie, jak koła i różne, dziwne przyciski, które tak naprawdę do niczego nie służą. Kiedy trzymam w obu rączkach kierownicę i odpycham się nóżkami to jadę do przodu. Mama się wtedy śmieje i mówi, że wyglądam jak mały Fred Flinston. Nie rozumiem dlaczego tak uważa, bo przecież nie mam czarnych włosków na głowie jak Fred z bajki, tylko białe i nie krzyczę "jaba daba duuuu".
Dzisiaj w wielkim mieście był zlot czyli spotkanie właścicieli starych i pięknych samochodów. Ja bardzo chciałem pojechać tam swoim i pochwalić się nim przed innymi panami, którzy tak jak ja i mój Tato kochają auta. Niestety Mama się bardzo zdenerwowała i powiedziała, że nie mam mowy, bo nie będzie później "taszczyła w ręku tej plastikowej kolumbryny" a i tak ma ciężko jak niesie mnie w nosidełku. Muszę się Wam przyznać, że bardzo nie lubię jeździć moim wózeczkiem z którego nic nie widzę za wyjątkiem Mamy, Taty i kawałka nieba, a w nosidełku mam świat na wyciągnięcie ręki.
Więc kiedy usłyszałem że nie mogę jechać swoim nowym samochodem to zacząłem bardzo głośno płakać a nawet wrzeszczeć. Wtedy Tato szykujący się z nami do wyjścia na zlot a później do pracy, powiedział że nie przewidział iż to moje auto będzie go kosztowało wszystkie nerwy zszarpane i całe zdrowie psychiczne. Zdziwiło mnie to, bo zazwyczaj mama tak mówi do taty kiedy trzeba wymienić olej lub zapłacić ubezpieczenie za auto Taty, to o oczach anioła.
poniedziałek, 15 lipca 2013
Smerfy w Pasażu Grunwaldzkim. Część czwarta "Mały Leo w świecie Smerfow"
Na pewno każdy z Was ma swojego idola lub artystę, którego chciałby spotkać osobiście i przytulić, tak żeby wiedział jak bardzo jest przez nas lubiany. Na przykład mój Tato chciałby usłyszeć jak na żywo gra na gitarze Jimi Hendrix a Mama, jak śpiewa Jim Morrison, niestety obaj już nie żyją, podobno pękły im serduszka. Myślę, że umarli z powodu zbyt głośnej muzyki którą wykonywali, bo jak czasem tato ich słucha w domu, to mama krzyczy żeby ściszył, bo pękają jej bębenki w uszach.
Ja też mam swoje ulubione gwiazdy, które bardzo chciałbym spotkać. Mówiąc gwiazdy mam na myśli znane osoby o których czyta moja Bunia Basia w kolorowych gazetach a nie te, co migoczą na niebie w nocy obok księżyca. Tak więc bardzo lubię Elmo z ulicy Sezamkowej i Smerfy z Bajkowej Krainy.
Kiedy dzisiaj rano mama ubierała mnie na spacer do galerii handlowej myślałem, że będzie to kolejny "slalom gigant po sklepach" jak nazywa wyprawę na zakupy Tato, który bardzo nie lubi chodzić do sklepów z ubraniami a jego ulubionego, z częściami do motorów w galerii niestety nie ma. Nawet nie macie pojęcia, jak się myliłem. To co się stało to były czary. Prawdziwe czary. I to one sprowadziły do wielkiego miasta całą Wioskę Smerfów, oczywiście bez Gargamela i Klakiera.
Serce mi zabiło mocno na widok Smerfetki. Poszedłem do niej razem z Tatą. Dotknąłem rączką jej niebieskiej buźki i powiedziałem, że jest prawie tak piękna jak moja Mama. Prawie, bo przecież wiadomo, że najpiękniejsza jest zawsze Mama. Potem zapytałem Smerfetkę o to gdzie mogę znaleźć Mądralę, Ciamajdę,Lalusia i Osiłka, których też bardzo lubię a ona zdradziła mi na ucho, ze poszli ratować świat i walczyć z Gargamelem, który ma nowych pomocników bo stworzył małe istotki podobne do Smerfów, złośliwe i psotne Wredki.
Podczas wizyty w domku Papy Smerfa szepnąłem Papie, że gdyby potrzebował pomocy to może na mnie zawsze liczyć. Spakuję tylko do mojego plecaczka zapas pieluch, przytulankę owieczkę Mećkę i mogę wyruszać do walki ze złymi Wredkami. Wtedy mama powiedziała, że pora już wracać do domu bo strasznie ode mnie cuchnie i nie sądzi bym z kupą w pampersie wiele zwojował poza tym, że utoruję nam drogę do wyjścia w tłumie.
A muszę Wam powiedzieć, że ludzi dorosłych i ich dzieci to przyszło naprawdę dużo aby zobaczyć Smerfy. Pewnie z tysiąc.
Ja też mam swoje ulubione gwiazdy, które bardzo chciałbym spotkać. Mówiąc gwiazdy mam na myśli znane osoby o których czyta moja Bunia Basia w kolorowych gazetach a nie te, co migoczą na niebie w nocy obok księżyca. Tak więc bardzo lubię Elmo z ulicy Sezamkowej i Smerfy z Bajkowej Krainy.
Kiedy dzisiaj rano mama ubierała mnie na spacer do galerii handlowej myślałem, że będzie to kolejny "slalom gigant po sklepach" jak nazywa wyprawę na zakupy Tato, który bardzo nie lubi chodzić do sklepów z ubraniami a jego ulubionego, z częściami do motorów w galerii niestety nie ma. Nawet nie macie pojęcia, jak się myliłem. To co się stało to były czary. Prawdziwe czary. I to one sprowadziły do wielkiego miasta całą Wioskę Smerfów, oczywiście bez Gargamela i Klakiera.
Serce mi zabiło mocno na widok Smerfetki. Poszedłem do niej razem z Tatą. Dotknąłem rączką jej niebieskiej buźki i powiedziałem, że jest prawie tak piękna jak moja Mama. Prawie, bo przecież wiadomo, że najpiękniejsza jest zawsze Mama. Potem zapytałem Smerfetkę o to gdzie mogę znaleźć Mądralę, Ciamajdę,Lalusia i Osiłka, których też bardzo lubię a ona zdradziła mi na ucho, ze poszli ratować świat i walczyć z Gargamelem, który ma nowych pomocników bo stworzył małe istotki podobne do Smerfów, złośliwe i psotne Wredki.
Podczas wizyty w domku Papy Smerfa szepnąłem Papie, że gdyby potrzebował pomocy to może na mnie zawsze liczyć. Spakuję tylko do mojego plecaczka zapas pieluch, przytulankę owieczkę Mećkę i mogę wyruszać do walki ze złymi Wredkami. Wtedy mama powiedziała, że pora już wracać do domu bo strasznie ode mnie cuchnie i nie sądzi bym z kupą w pampersie wiele zwojował poza tym, że utoruję nam drogę do wyjścia w tłumie.
A muszę Wam powiedzieć, że ludzi dorosłych i ich dzieci to przyszło naprawdę dużo aby zobaczyć Smerfy. Pewnie z tysiąc.
niedziela, 14 lipca 2013
Gdzie coś zjeść we Wrocławiu? Część trzecia "Mały Leo w restauracji"
Rano kiedy się budzę to Mama i Tato jeszcze smacznie sobie śpią, więc muszę głośno powrzeszczeć aby chociaż jedno z nich obudzić, a najlepiej obudzić mamę, bo ona nakarmi mnie swoim prywatnym mleczkiem. Od mleczka zawsze zaczynam dzień. Później podczas zabawy mam ochotę tez na inne smaczne posiłki, chociaż o niektórych z nich, jak to powiedział Tato "mogę na razie tylko pomarzyć".
Tak właśnie było wczoraj z kebabem. Razem z Mamą wybraliśmy się na spacer podczas którego odebraliśmy Tatę z hotelu, gdzie pracuje. Bardzo lubię chodzić po Tatę do jego pracy bo jest tam kilka przesympatycznych Pań, które zawsze mnie biorą na ręce, przytulają i mówią ze jestem cudowny, a ja w zamian za to staram się im ofiarować jeden ze swoich najpiękniejszych uśmiechów.
Kiedy tylko opuściliśmy hotel, Tato oznajmił Mamie, że jest bardzo głodny. Tato zawsze jest głodny, więc chyba mam duży apetyt właśnie po nim. Po krótkiej chwili decyzja padła na restauracje w której w wielkim mieście jest najlepszy kebab. W momencie kiedy Tato otrzymał swój posiłek, ja także poczułem strasznie wielki głód w brzuszku. Najpierw na wszelkie sposoby próbowałem przekonać go aby oddał mi część swojego obiadku lecz właśnie wtedy dowiedziałem się, że o takim jedzonku to sobie mogę na razie tylko pomarzyć. Wtedy się strasznie głośno rozryczałem, bo nie ma sprawiedliwości na tym świecie.
Mama zlitowała się nad swoim głodnym synkiem i wyjęła z torby mój śliniaczek-sztywniaczek z Kubusiem Puchatkiem, fioletową łyżeczkę i słoiczek z jedzonkiem. Obawiałem się że to będzie jeden z tych wstrętnych obiadków z kurczaczkiem albo innym nie dosolonym mięskiem, ale na szczęście był to mój ulubiony deserek o smaku jabłkowo- bananowo- jogurtowym. Po minach ludzi, którzy byli z nami w restauracji widziałem, że tego posiłku każdy z nich mi zazdrości.
![]() |
| Kebab King na ul. Świdnickiej |
![]() |
| Puro Hotel ul. Włodkowica |
![]() | ||
| Klubogaleria Szajba |
piątek, 12 lipca 2013
Część druga "Mały Leo u lekarza"
Wczoraj byłem z Mamą w przychodni u lekarza, takiego od ludzi, co leczy różne choroby u dzieci i mówi Rodzicom, czyli Mamie i Tacie co mają robić żeby ich dzieci nie chorowały. Moi widocznie słuchają się, bo ja jestem zdrowy jak ryba, przynajmniej tak uważa Pani doktor do której chodzimy.
Mama mi mówiła, że są także lekarze od różnych chorób u dorosłych ludzi i lekarze co leczą zwierzątka na przykład kotki, pieski i kury. Są też lekarze od ząbków. Ja mam już cztery. Zęby oczywiście. I moja Ciocia Dorotka, która jest właśnie lekarzem od ząbków powiedziała, że moje są śliczne i podarowała mi pierwszą szczoteczkę i pastę do mycia zębów. Teraz je myję przy pomocy Mamy, rano i wieczorem. Myje je tak długo dopóki nie zjem całkiem pasty, którą mi mama nakłada na szczoteczkę.
Więc wczoraj byłem u lekarza od dzieci. Nie bardzo lubię tam chodzić. Pani doktor i Pani Pielęgniarka są bardzo miłe i obie zawsze uważają, że ze mną jest wszystko w porządku, czyli że rosnę, jestem zdrowy i coraz więcej potrafię.
Najpierw Pani Pielęgniarka położyła mnie na takiej dziwnej maszynie co wyglądała jak korytko z którego świnki jedzą w chlewiku, czyli na wadze i mnie zważyła, czyli sprawdziła jaki jestem ciężki. Później wzięła taki długi sznurek z dziwnymi znakami, nazywany centymetrem i zmierzyła ile moje ciałko ma długości w różnych miejscach, a to mierzenie czasem bardzo łaskocze. Wszystko to zapisywała w książeczce z napisem Leonard i wysłała mnie z mamą do Pani Doktor.
Pani doktor uśmiechała się do mnie, oglądała moje ciałko, naciskała je w różnych miejscach i przykładała do niego taki dziwny przyrząd, który nazywany jest słuchawkami bo słychać przez niego czy jeszcze bije mi serce. Jakby nie biło to oznaczałoby, że już nie żyje, czyli jestem martwy.
Po wizycie u Pani Doktor nastąpiła najbardziej niemiła część wizyty w przychodni. Wróciłem z mamą do Pani Pielęgniarki, która przygotowała dla mnie takie dziwne aparaty nazywane strzykawkami, wypełnione w środku wodą i zakończone igiełką. Są to szczepionki. Szczepionka jest bardzo ważna i potrzebna, bo dzięki niej ani ja ani żadne z innych dzieci nie zachorujemy na choroby, przez które mogłoby nam przestać bić serduszko i bylibyśmy martwi. Niestety każda szczepionka trochę boli i kiedy już było po wszystkim to czułem się bardzo zły na mamę i Panią Pielęgniarkę a także na Tatę, bo nie było go przy mnie kiedy go na pomoc wzywałem.
Na koniec wizyty w przychodni dostałem od Pani Pielęgniarki balonik w kolorze niebieskim chociaż wolałbym różowy ale różowe są dla dziewczynek a ja przecież jestem chłopczyk. Mama powiedziała wszystkim "dziękuje" i "do widzenia" a ja pomachałem tylko rączką bo jeszcze nie mówię a poza tym, to wcale nie miałem ochoty tam wracać, mimo iż Panią Pielęgniarkę i Panią Doktor bardzo lubię.
Mama mi mówiła, że są także lekarze od różnych chorób u dorosłych ludzi i lekarze co leczą zwierzątka na przykład kotki, pieski i kury. Są też lekarze od ząbków. Ja mam już cztery. Zęby oczywiście. I moja Ciocia Dorotka, która jest właśnie lekarzem od ząbków powiedziała, że moje są śliczne i podarowała mi pierwszą szczoteczkę i pastę do mycia zębów. Teraz je myję przy pomocy Mamy, rano i wieczorem. Myje je tak długo dopóki nie zjem całkiem pasty, którą mi mama nakłada na szczoteczkę.
Więc wczoraj byłem u lekarza od dzieci. Nie bardzo lubię tam chodzić. Pani doktor i Pani Pielęgniarka są bardzo miłe i obie zawsze uważają, że ze mną jest wszystko w porządku, czyli że rosnę, jestem zdrowy i coraz więcej potrafię.
Najpierw Pani Pielęgniarka położyła mnie na takiej dziwnej maszynie co wyglądała jak korytko z którego świnki jedzą w chlewiku, czyli na wadze i mnie zważyła, czyli sprawdziła jaki jestem ciężki. Później wzięła taki długi sznurek z dziwnymi znakami, nazywany centymetrem i zmierzyła ile moje ciałko ma długości w różnych miejscach, a to mierzenie czasem bardzo łaskocze. Wszystko to zapisywała w książeczce z napisem Leonard i wysłała mnie z mamą do Pani Doktor.
Pani doktor uśmiechała się do mnie, oglądała moje ciałko, naciskała je w różnych miejscach i przykładała do niego taki dziwny przyrząd, który nazywany jest słuchawkami bo słychać przez niego czy jeszcze bije mi serce. Jakby nie biło to oznaczałoby, że już nie żyje, czyli jestem martwy.
Po wizycie u Pani Doktor nastąpiła najbardziej niemiła część wizyty w przychodni. Wróciłem z mamą do Pani Pielęgniarki, która przygotowała dla mnie takie dziwne aparaty nazywane strzykawkami, wypełnione w środku wodą i zakończone igiełką. Są to szczepionki. Szczepionka jest bardzo ważna i potrzebna, bo dzięki niej ani ja ani żadne z innych dzieci nie zachorujemy na choroby, przez które mogłoby nam przestać bić serduszko i bylibyśmy martwi. Niestety każda szczepionka trochę boli i kiedy już było po wszystkim to czułem się bardzo zły na mamę i Panią Pielęgniarkę a także na Tatę, bo nie było go przy mnie kiedy go na pomoc wzywałem.
Na koniec wizyty w przychodni dostałem od Pani Pielęgniarki balonik w kolorze niebieskim chociaż wolałbym różowy ale różowe są dla dziewczynek a ja przecież jestem chłopczyk. Mama powiedziała wszystkim "dziękuje" i "do widzenia" a ja pomachałem tylko rączką bo jeszcze nie mówię a poza tym, to wcale nie miałem ochoty tam wracać, mimo iż Panią Pielęgniarkę i Panią Doktor bardzo lubię.
środa, 10 lipca 2013
Wrocław na sktóty oczami Leonarda. Część pierwsza " Mały Leo w wielkim mieście"
Jestem chłopczykiem. Mam krótkie, jasne włoski i duże niebieskie oczy. Mama i Tata mówią na mnie Leo. Bunia Basia i ciocia Ola nazywają Leosiem, a pani doktor do której chodzimy kiedy mam katar albo gorączkę, mówi do mnie Leonardzie. Jestem jeszcze całkiem mały, ale nie taki zupełnie malutki. "Leo to już nie dzidzia tylko chłopczyk" powiedziała Pani, którą spotykamy w sklepie gdzie kupujemy z mamą ciepłe bułki.
Mieszkam w wielkim mieście. Wiem na pewno, że to miasto jest ogromne a nawet najogromniejsze bo widziałem już inne mniejsze, całkiem małe i wioski. Moje miasto ma bardzo dużo ulic. Ludzie szybko spacerują tutaj po chodnikach i nikt nie patrzy na nikogo, chociaż zdarza się, że kiedy uśmiecham się do nich ze swojego wózka to i oni uśmiechają się do mnie.
Po ulicach jeżdżą samochody i ciągle słychać "wrrr,wrrrrrr, wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr". Samochody są rożne, bo mają różne kolory i światła, które wyglądają jak świecące oczy kotka, którego widziałem u naszej sąsiadki na balkonie. Ludzie na ulicy też są różni, bo też maja różne kolory i kształty. Jedni są więksi a inni mniejsi i są też dzieci, które są tak jak ja całkiem malutkie. Dzieci chodzą na nóżkach lub jeżdżą w swoich wózeczkach i wtedy najczęściej strasznie ryczą bo przecież nie mogą iść tam gdzie same chcą, tylko muszą jechać tam, gdzie chce ich mama lub tata pchający wózek.
Wszędzie w mieście są różne budynki i nie wszystkie to domy. Mama mówi że dom jest tylko wtedy kiedy mieszkają w nim ludzie. Są też takie, gdzie mieszkają ludzie ale nie nazywa się ich domami tylko hotelami. Tato wytłumaczył mi, że hotel to miejsce, gdzie ludzie mieszkają tylko przez kilka dni kiedy są w innym mieście w którym nie mają swojego domu. Inne budynki to miejsca w których dorośli ludzie załatwiają swoje dorosłe sprawy lub pracują. To są na przykład różne firmy lub banki. W firmach pracują a do banków chodzą po pieniądze, które dostają za to, że pracują. Budynkami są też duże sklepy. Największe z nich nazywają się centrami handlowymi i te należą do moich ulubionych, bo znajdują się tam baseny wypełnione kolorowymi kuleczkami w których dzieci mogą się bawić. W centrum handlowym można też zjeść coś smacznego, na przykład lody albo pizzę i na koniec nakłonić mamę, babcię lub tatę do kupienia nowej zabawki w wielkim salonie z zabawkami.
W dużym mieście są parki, czyli ulice po których chodzą ludzie, ale tam gdzie powinny stać budynki to rosną drzewa. W parkach są też fontanny czyli takie ładne miejsca z których tryska woda w górę a kiedy jest ciepło, to małe dzieci moczą tam swoje nóżki. Mama nie pozawala mi tego robić. Mówi, że woda w fontannie jest brudna i mogę złapać jakąś chorobę, a wtedy będę musiał iść do pani doktor, tej co nazywa mnie Leonardem.
W moim mieście jest jednak inne, fajne miejsce, gdzie mogę w wodzie moczyć całe swoje ciałko i nóżki a nawet główkę i nie jest to wcale wanna w domowej łazience. Czasami jak mój tato ma wolny dzień i nie idzie do pracy to jedziemy do aquaparku. Tutaj jest mnóstwo basenów. Jedne są z ciepłą a inne z zimną wodą ale ja najbardziej lubię te prawie gorące, gdzie bulgoczą bąbelki "bul, bul, bul, bul". Mama zakłada mi specjalną pieluszkę z rybką, wkłada w dmuchane kółeczko i wszyscy razem się bąbelkujemy lub pływamy.
W wielkim mieście po ulicach jeżdżą nie tylko samochody. Są tu przystanki na których czekają ludzie, którzy chcą pojechać do różnych miejsc, które są daleko i lepiej im tam dotrzeć miejskim autobusem lub tramwajem bo na nogach to by się za bardzo zmęczyli. Autobusy są długie i jeżdżą po ulicach a tramwaje są krótsze ale mają kilka części i jeżdżą po długich szynach, leżących na ulicach. Bardzo lubię jak czasem jedziemy gdzieś z rodzicami tramwajem, który robi takie zabawne "tur tur tur".
W dużym mieście nigdy nie jest ciemno. Nawet w nocy wszędzie się wszystko świeci. Przy ulicach stoją latarnie, które się zapalają kiedy na niebie nie ma już słońca. A na budynkach są kolorowe i świecące napisy, które Tata nazywa neonami. Kiedy przyjeżdża do mnie Bunia Basia to jedziemy po nią na wielki dworzec, który wygląda jak zamek króla. Nocą cały ten zamek świeci się, bo ktoś zasadził światła w chodnik wokół niego a w hotelu w którym pracuje mój tato, świecą się nocą wszystkie ramy w oknach. Tak sobie myślę, że aby w wielkim mieście było całkiem ciemno to musiałbym się schować w nocy do garażu albo do komórki.
W moim mieście wszędzie musi być spokój i porządek.Tego porządku pilnują panowie policjanci. Spacerują w swoich mundurach po chodnikach albo czasem jeżdżą policyjnymi samochodami. To dobrze, że są, bo nie wszyscy ludzie w mieście są dla siebie mili i się do siebie uśmiechają tak, jak ja do mijanych podczas spaceru Pań i Panów, którzy na mój widok mówią "Och jaki on słodziutki! Uśmiecha się do mnie! I jakie ma duże oczka". Szkoda, że jeszcze słabo mówię, bo bym im powiedział, że te oczka to mam po tacie. Chociaż w tej kwestii zdania są podzielone.
Mieszkam w wielkim mieście. Wiem na pewno, że to miasto jest ogromne a nawet najogromniejsze bo widziałem już inne mniejsze, całkiem małe i wioski. Moje miasto ma bardzo dużo ulic. Ludzie szybko spacerują tutaj po chodnikach i nikt nie patrzy na nikogo, chociaż zdarza się, że kiedy uśmiecham się do nich ze swojego wózka to i oni uśmiechają się do mnie.
Po ulicach jeżdżą samochody i ciągle słychać "wrrr,wrrrrrr, wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr". Samochody są rożne, bo mają różne kolory i światła, które wyglądają jak świecące oczy kotka, którego widziałem u naszej sąsiadki na balkonie. Ludzie na ulicy też są różni, bo też maja różne kolory i kształty. Jedni są więksi a inni mniejsi i są też dzieci, które są tak jak ja całkiem malutkie. Dzieci chodzą na nóżkach lub jeżdżą w swoich wózeczkach i wtedy najczęściej strasznie ryczą bo przecież nie mogą iść tam gdzie same chcą, tylko muszą jechać tam, gdzie chce ich mama lub tata pchający wózek.
Wszędzie w mieście są różne budynki i nie wszystkie to domy. Mama mówi że dom jest tylko wtedy kiedy mieszkają w nim ludzie. Są też takie, gdzie mieszkają ludzie ale nie nazywa się ich domami tylko hotelami. Tato wytłumaczył mi, że hotel to miejsce, gdzie ludzie mieszkają tylko przez kilka dni kiedy są w innym mieście w którym nie mają swojego domu. Inne budynki to miejsca w których dorośli ludzie załatwiają swoje dorosłe sprawy lub pracują. To są na przykład różne firmy lub banki. W firmach pracują a do banków chodzą po pieniądze, które dostają za to, że pracują. Budynkami są też duże sklepy. Największe z nich nazywają się centrami handlowymi i te należą do moich ulubionych, bo znajdują się tam baseny wypełnione kolorowymi kuleczkami w których dzieci mogą się bawić. W centrum handlowym można też zjeść coś smacznego, na przykład lody albo pizzę i na koniec nakłonić mamę, babcię lub tatę do kupienia nowej zabawki w wielkim salonie z zabawkami.
W dużym mieście są parki, czyli ulice po których chodzą ludzie, ale tam gdzie powinny stać budynki to rosną drzewa. W parkach są też fontanny czyli takie ładne miejsca z których tryska woda w górę a kiedy jest ciepło, to małe dzieci moczą tam swoje nóżki. Mama nie pozawala mi tego robić. Mówi, że woda w fontannie jest brudna i mogę złapać jakąś chorobę, a wtedy będę musiał iść do pani doktor, tej co nazywa mnie Leonardem.
W moim mieście jest jednak inne, fajne miejsce, gdzie mogę w wodzie moczyć całe swoje ciałko i nóżki a nawet główkę i nie jest to wcale wanna w domowej łazience. Czasami jak mój tato ma wolny dzień i nie idzie do pracy to jedziemy do aquaparku. Tutaj jest mnóstwo basenów. Jedne są z ciepłą a inne z zimną wodą ale ja najbardziej lubię te prawie gorące, gdzie bulgoczą bąbelki "bul, bul, bul, bul". Mama zakłada mi specjalną pieluszkę z rybką, wkłada w dmuchane kółeczko i wszyscy razem się bąbelkujemy lub pływamy.
W wielkim mieście po ulicach jeżdżą nie tylko samochody. Są tu przystanki na których czekają ludzie, którzy chcą pojechać do różnych miejsc, które są daleko i lepiej im tam dotrzeć miejskim autobusem lub tramwajem bo na nogach to by się za bardzo zmęczyli. Autobusy są długie i jeżdżą po ulicach a tramwaje są krótsze ale mają kilka części i jeżdżą po długich szynach, leżących na ulicach. Bardzo lubię jak czasem jedziemy gdzieś z rodzicami tramwajem, który robi takie zabawne "tur tur tur".
W dużym mieście nigdy nie jest ciemno. Nawet w nocy wszędzie się wszystko świeci. Przy ulicach stoją latarnie, które się zapalają kiedy na niebie nie ma już słońca. A na budynkach są kolorowe i świecące napisy, które Tata nazywa neonami. Kiedy przyjeżdża do mnie Bunia Basia to jedziemy po nią na wielki dworzec, który wygląda jak zamek króla. Nocą cały ten zamek świeci się, bo ktoś zasadził światła w chodnik wokół niego a w hotelu w którym pracuje mój tato, świecą się nocą wszystkie ramy w oknach. Tak sobie myślę, że aby w wielkim mieście było całkiem ciemno to musiałbym się schować w nocy do garażu albo do komórki.
W moim mieście wszędzie musi być spokój i porządek.Tego porządku pilnują panowie policjanci. Spacerują w swoich mundurach po chodnikach albo czasem jeżdżą policyjnymi samochodami. To dobrze, że są, bo nie wszyscy ludzie w mieście są dla siebie mili i się do siebie uśmiechają tak, jak ja do mijanych podczas spaceru Pań i Panów, którzy na mój widok mówią "Och jaki on słodziutki! Uśmiecha się do mnie! I jakie ma duże oczka". Szkoda, że jeszcze słabo mówię, bo bym im powiedział, że te oczka to mam po tacie. Chociaż w tej kwestii zdania są podzielone.
| http://2013.bravefestival.pl/#events/20 |
| http://2013.bravefestival.pl/ |
niedziela, 9 grudnia 2012
Świat pełen mleka
Dwa tygodnie temu zdarzył się w naszym życiu prawdziwy cud.
Po długim i ciężkim porodzie w jednym z wrocławskich szpitali, przyszedł na świat mój i Kamila, wyczekiwany przez ostatnie miesiące, synek.
Teraz każdy nasz dzień, każda decyzja, ruch i nowy krok uzależnione są od tego maleństwa.
23 listopada o godzinie trzeciej nad ranem świat zatrzymał się dla nas
i zaczął wirować wokół maleńkiego Leonarda.
Od kilkunastu dni życie ma dla nas smak mleka.
Po długim i ciężkim porodzie w jednym z wrocławskich szpitali, przyszedł na świat mój i Kamila, wyczekiwany przez ostatnie miesiące, synek.
Teraz każdy nasz dzień, każda decyzja, ruch i nowy krok uzależnione są od tego maleństwa.
23 listopada o godzinie trzeciej nad ranem świat zatrzymał się dla nas
![]() |
| 23.11.2012. 3.10 2900 54 10/10 |
i zaczął wirować wokół maleńkiego Leonarda.
Od kilkunastu dni życie ma dla nas smak mleka.
Smak ojczystego chleba.
Wielu z naszych znajomych uważa, że przygoda z Hiszpanią to było prawdziwe wyzwanie.
Ja jednak myślę, iż tak naprawdę to powrót do ojczyzny był bardziej aktem odwagi.
Ponownie szukanie nowego miejsca, własnego skrawka ziemi i dachu nad głową.
Nieżyczliwe były nam Siedlce, rodzinne miasto Kamila. Stagnacja, korupcja i bezrobocie.
Potem trzymiesięczny Przystanek Warszawa.
Myślę, że pewnego dnia w jej ramiona powrócimy.
Teraz wszystko toczy się dla nas we Wrocławiu.
Kilka mieszkań,kilka przeprowadzek.
Nowi ludzie, nowa praca.
Dolnośląskie słońce.
Tramwaje, kostka brukowa na ulicy, poniemieckie kamienice, gotyckie kościoły, mosty na Odrze. Krasnoludki po sąsiedzku i przepyszny smak tutejszych bajaderek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























