czwartek, 22 września 2011

Armata ! Uf, jaka wielka, pod każdym kołem żelazna belka.

Na początek informacja dla przypomnienia, gdyby ktoś zapomniał lub nie wiedział.
ARMATA była dawniej bronią miotającą pociski za pomocą prochu.
Wynaleziona w Chinach w XIII w. a w Europie znana jako BOMBARDA od XIV w.

Cale wybrzeże Costa Brava to wymierzona w morze artyleriada................

Barcelona, Barcelona.......


Barcelona latem? Tylko w niedziele!



Dlaczego? Odpowiedz prosta, bo z soboty na niedzielę pustoszeje! Mieszkańcy wyjeżdżają do pobliskich kurortów na plaże.






Barcelona. Mimo, iż  nie lubię miast to nią jestem zachwycona.



 Dynamiczna, odważna, pogrążona w twórczym chaosie, kulturalna mieszanka stylów.




Piękna, barwna i szalona.



Barcelona to Kobieta z temperamentem!



Obawy Eli i Leszka................

Kiedy w sierpniu Ciocia i Wujek Kamila czyli Ela i Leszek robili rezerwacje na lot  w dniu 4 września z Poznania do Girony. Byli pełni obaw czy będzie u nas pogoda, co zapakować sweter, marynarkę, wiatrówkę czy kurtkę.


Tak się złej pogody obawiali , że aż nas tym lękiem zainfekowali!
Mam teraz nadzieję, ze wyjechali zadowoleni. Wiem
na pewno że na brąz opaleni!!!!!

środa, 21 września 2011

Jak co dzień z rana kąpiel wskazana!

Jeśli dzień miniony kończymy o 4-tej nad ranem a kolejny zaczynamy pięć  godzin później o 9-tej, to jest to bardzo rano!
Albertowe pobudki dają się czasami nam we znaki, przerywają najpiękniejsze poranne sny, jednak wystarczającym zadość uczynieniem jest skok do wody.


Naszą ulubioną plażą w Patja jest  Ca Conca czytane "konka" nie " końcia" bo to drugie oznacza pieszczotliwą nazwę żeńskiego narządu rodnego.................



Ca Conca jest położona przy wejściu do najpiękniejszej dzielnicy willowej Platja.

 Ze wszystkich stron otoczona skałami, porastanymi wielkimi,  kwitnącymi agawami i barwnymi trichodiademiamii.




Woda krystalicznie czysta w odcieniach turkusu, lazuru, grynszpanu, szfiru a czasem kobaltu.



Jedziemy do Begur

Upalny lipcowy wieczór. We trójkę, to znaczy ja, Kamil i Alberto siedzimy przy hotelowym stoliku popijając przyrządzoną przeze mnie Tizanę z białego wina musującego i świeżych owoców. Główna ulica Platja, przebiegająca w pobliżu naszego zakwaterowania wygląda jak warszawska  Marszałkowska  w godzinach szczytu. Korek, tłumy turystów i nuda..............bo za gorąco by cokolwiek robić! Za gorąco na rower na malowanie, na tańczenie i na spanie, a  tak naprawdę to jest tak gorąco , że nic a nic się nie chce..............Kamil przyniósł z recepcji hotelowej ulotki. Reklama aquaparku z delfinarium, wypożyczalni jachtów, rowerów a także szlaków turystycznych Costa Brava, A NA NIEJ ZAJEBISTE ZDJĘCIE.







BEGUR. Staro romańskie maleńkie miasteczko , oddalone od Paltja jakieś 30km . Oprócz plaży z magiczna skałą, w centrum miasta odnajdziemy wielką górę a na niej średniowieczny zamek.

W czerwcu na grzyby?

-Skoro w Hiszpanii truskawki dojrzewają dwa miesiące wcześniej niż w Polsce, to może wybierzemy się w góry na grzyby?-spytałam Kamila.
- Spacer po górach tak czy owak nam nie zaszkodzi.-zaśmiał się mój luby.



















       Więc  poszliśmy w Pireneje. Nikogo nie powinien dziwić fakt ze na szlaku byliśmy osamotnieni, gdyż każdy normalny człowiek tego dnia na Costa Brava oddawał się morskiej kąpieli..............   ufffffffff 40 stopniowy upał!

Grzyby? Cóż ani jadalnych, ani trujących ani halucynogennych  żeśmy nie widzieli, tylko opuszczone chatki i przedziwne kurniki!

wtorek, 20 września 2011

Figuere...........czy Salvador podpowie co dalej?

  Figuere to nieduże  miasteczko, położone w północnej Katalonii, niedaleko od granicy hiszpańsko -francuskiej. 11-go maja 1904 roku urodził się tu Salvador Dali. Można go nienawidzić jako człowieka, gardzić nim jako artystą lub uwielbiać jego kreatywną twórczość i zachwycać się pasją z jaką potrafił czerpać z życia, mimo swych lęków i zahamowań. Nie można jednakże być względem jego osoby obojętnym.
Kiedy w lutym wjechaliśmy do Hiszpanii, Kamil stwierdził,  że słynne Teatro Museo Dali zostawimy sobie na inny czas. Z rozczarowania zabrakło mi tchu i zaniemówiłam na  kilka godzin w drodze na południe.
Gdy Gibraltar okazał się dla nas nie gościnny i nie znaleźliśmy też dla siebie miejsca w bajecznej Taragonnie, postanowiliśmy wrócić na północ.
-Jedźmy do Figuere! Może duch Salvadora nam coś podpowie?- prosząco spojrzałam na towarzysza mej tułaczej, życiowej podróży.
-Oj, Głupolku. Dziecko jesteś! Takie moje małe Didontko, ale niech Ci będzie. Jedziemy do Figuere.
Muzeum? Nie będę się rozpisywać, polecam wszystkim, bo warto zobaczyć. Niezapomniane doznanie estetyczno-metafizyczne.
W sercu jednak to miejsce obudziło nam smutek i pustkę, tak strasznej współbeznadziei nie odczuwaliśmy dawno.
Depresyjny świat Salvadora nas dobił!
Co dalej Didiś robimy?-zapytał smutno Kamil.
-Jak to co? Jedziemy Kamciu nad morze!
Na mapie moim oczom ukazał się napis: Platja D'Aro
-Jedziemy do Platja, do domu.

Gibraltar

Kiedy z Polski wyruszaliśmy na podbój hiszpańskiej ziemi naszym miejscem docelowym była miejscowość o egzotycznie i historycznie brzmiącej nazwie La Linea de la Concepcion  i graniczący z nią Gibraltar.
Pamiętam jak  siedzieliśmy z naszym wiernym i oddanym  przyjacielem Luckiem przy kompie i oglądaliśmy zdjęcia o tematyce gibraltarskiej zamieszczone w sieci.
- Kamil, musicie mi coś obiecać!-powiedział Lucek.
-Co?
wybrzeże Afryki widziane z The Rock
-Że zaprzyjaźnicie się chociaż z jedna z małp!

Na Gibraltar wjechaliśmy po po czterech dniach podróży, późną nocą. W radiu grała jakaś ciężka psychodeliczna muzyka, która miażdżyła mi czaszkę, klimatyzacja chodziła na full i bynajmniej nie grzanie, chacha, a naszym oczom ukazała się słynna gibraltarska The Rock. W ciemności nocy góra jawiła mi się jak monstrum z najgorszego koszmaru.Wiedziałam już wtedy , że tu nie chce zostać. Jednak o opuszczeniu Gibraltaru i dalszych poszukiwaniach zadecydował fakt ,iż zbyt wąskie są tam uliczki dla naszego jedynego i prawdziwego domu czyli samochodu.


Natomiast małpy? Nie wiem czy się z nimi zaprzyjaźniliśmy ale na pewno nas polubiły, a szczególnie moje włosy które miały nadzieję mi skraść............................i wyczyścić nimi zęby!

Tossa de Mar po raz pierwszy.

Już  tak mam , że  jak znajdę w sieci coś co mnie nakręci , rozochoci to tak długo męcze wszystkich dookoła  aż mi pomogą w realizacji i spełnieniu pragnienia. Pewnego majowego dnia wpadła mi w oko widokówka ze średniowiecznym zamkiem na plaży. Od Alberta usłyszałam , ze to przecież Tossa. Po prostu Tossa. To ja chcę do Tossy, powiedziałam!A jak nie to szantaż, przestanę gotować!


 Tossa de  Mar słynny kurort na Costa Brava.Miasto znane jest przede wszystkim z bardzo dobrze zachowanej , jednej z najpiękniejszych w Hiszpanii, średniowiecznej starówki Vila Vella i fortyfikacji obronnych z XII w. 

B jak Barbara, B jak Bunga Bunga.................

  Tęsknota budzi czasami szalone pomysły. Tak też było z przylotem naszego Super Gościa. Oboje z Alberto postanowiliśmy Kamilowi i jego Mamie zrobić niespodziankę i zarezerwowaliśmy bilet lotniczy  na lot Poznań- Girona w dniu jej urodzin 9 kwietnia! Siedemnaście dni z Barbarą. Tańczyłyśmy na ulicach miasta, śpiewałyśmy spolszczoną wersje La Bamba na całe gardło, piłyśmy szampana i tizanę na plaży.  Toasty postanowiliśmy wznosić międzynarodowym okrzykiem wywodzącym się ze słynnej ówcześnie afery  we Włoszech, czyli BUNGA BUNGA! I tak już zostało, nie mówimy cin cin, nie mówimy sto lat, mówimy bunga bunga!